W dzisiejszym artykule zbaczamy trochę z torów, którymi zwykle podążamy i wprowadzamy zupełnie nową formę – wywiad. Skorzystaliśmy z nadarzającej się okazji i zadaliśmy kilka pytań osobie, która bardzo dobrze poznała Alicante i zgodziła się podzielić swoją opinią o mieście i prowincji. Naszym rozmówcą jest Guillermo Pastrone, Argentyńczyk pochodzący z Kordoby (argentyńskiej), który 12 lat życia spędził w Alicante, a obecnie, ze względów rodzinnych i zawodowych, mieszka w Poznaniu.

Pierwsze pytanie, jakie się nasuwa – co na początku zaskoczyło Cię najbardziej w Alicante i jego prowincji?

Guillermo: Moje pierwsze zaskoczenie, oprócz faktu, że mam rodzinę w Alicante, związane było z Morzem Śródziemnym. Gdy widzisz je po raz pierwszy, gdy patrzysz na te plaże… To zdecydowanie było coś, co najbardziej mnie zadziwiło.

Dlatego, że pochodzisz z miasta leżącego w głębi kraju?

Tak, bez wątpienia, Kordoba jest miastem bez dostępu do morza. Wcześniej byłem kilka razy w Mar del Plata [miasto we wschodniej Argentynie, położone nad Oceanem Atlantyckim – przyp. tłum.] i dwa razy na południu Brazylii. Jednak Morze Śródziemne jest inne, piękne. Oprócz tego zaskoczeniem była dla mnie infrastruktura, drogi, transport, które są bardziej rozwinięte w Alicante, w Europie niż w Ameryce, w Argentynie.

Czy polecasz jakieś miejsce lub rzecz, którą można zrobić w prowincji Alicante?

Na pewno każdy znajdzie tu coś dla siebie. Dużo atrakcji czeka tu na młode i nieco starsze osoby, jedną z nich jest na przykład „tardeo”. Istnieje wiele miejsc, gdzie można wyjść na drinka, zjeść coś czy potańczyć. Rodziny z dziećmi z kolei będą świetnie bawić się w parkach tematycznych znajdujących w okolicach Benidormu – Terra Mítica, Terra Natura, Safari Park czy Safari Park Aitana. Samemu zdarzało mi się korzystać z promocji, jakie pojawiały się w ciągu roku. No i oprócz tego nie zapominajmy o plażach, na których, jak wiadomo, dzieciaki potrafią bawić się przez cały dzień.
Osobom dorosłym polecam odwiedzić restauracje z kuchniami świata – argentyńską, włoską, turecką, etc. Wewnątrz prowincji znajdziemy także pyszną kuchnię lokalną, bardziej tradycyjna i domową, oferującą dania takie jak olleta, borreta, etc.
Osobiście bardzo lubiłem odwiedzać także średniowieczne kiermasze, na których można kupić ręcznie wykonywane wyroby, mięsa czy regionalne szynki. Jednak to co najbardziej się wyróżnia, to sprzedawcy i ozdoby, które utrzymane są w stylu epoki średniowiecza. Uwielbiam na przykład kiermasz średniowieczny w Cocentaina, w pobliżu Alcoy, który odbywa się na początku listopada.
Polecam odwiedzić także Alteę, malownicze, choć pomalowane na biało, miasteczko położone w górach i znajdujące się jednocześnie zaledwie 100 metrów od morza. Innym, równie pięknym miasteczkiem jest także Guadalest.

Wiele osób kojarzy Alicante wyłącznie ze słońcem i plażą. Jaka jest Twoja opinia?

No cóż… W Alicante jest wszystkiego po trochu, na przykład, można zjeść w bardzo dobrych miejscach wydając na to majątek, ale można także znaleźć lokale tańsze, gdzie będzie równie smacznie. Znajdziesz tu wszystko, czego będziesz potrzebować. Prawda jest taka, że Alicante posiada wachlarz możliwości. Być może brakuje czegoś więcej w temacie kultury, przedstawień teatralnych, koncertów – ale to dlatego, że patrzę przez pryzmat mojego rodzinnego miasta, Kordoby, które jest drugim lub trzecim co do wielkości miastem w Argentynie i nigdy nie brakuje tam wydarzeń kulturalnych. Jednakże w Teatro Principal de Alicante zawsze posiada bardzo dobry repertuar.

Zdradź nam co nieco o jakości życia w Alicante.

Jakość życia ogólnie stoi na bardzo dobrym poziomie, na co wpływ ma głównie klimat. Z 365 dni w roku, niemal 300 gwarantuje słoneczną pogodę. I nie jest to moje stwierdzenie, są to dane statystyczne, które i tak w przeciągu ostatnich latach wykazywały mniejszą stabilność. Na przykład dla nas, w Argentynie, lato to tylko dwa miesiące – styczeń i luty, mowa tu o południowej półkuli. W Alicante lato może przeciągnąć się nawet do października. Z plaż można korzystać przez bardzo długi czas, jednak woda może być trochę chłodniejsza, chociaż myślę, że i tak tylko w odczuciu Hiszpanów (śmiech), ponieważ dla reszty jej temperatura jest jak najbardziej w porządku.

Czy możesz opisać nam, osobom spoza Alicante, obchody las Hogueras de San Juan?

W zasadzie życie mieszkańców miasta kręci się wokół nich, z racji, że cały rok organizowane są loterie, sprzedawane są posiłki, które pomagają zebrać pieniądze i w ten sposób opłacić hoguerę. Hoguera to pomnik zrobiony z drewna, kartonu, który w noc Świętego Jana zostaje spalony, a ocalona od ognia zostaje jedynie zwycięska figura, która otrzymuje indulto, czyli ułaskawienie. Wszyscy ludzie z Alicante są mocno zakorzenieni w tej tradycji i rok w rok zbierają pieniądze, aby móc ją sfinalizować. Na paleniu figur jednak się nie kończy, na obchody składają się dni, podczas których odbywają się la mascaletá, wybór Belleas del foc, czyli Piękności Ognia, duże wydarzenia związane z walkami byków, które w przeciągu roku praktycznie się nie odbywają, natomiast podczas tego okresu, zwanego „Semana Grande” mają miejsce corridy z udziałem najlepszych torreadorów.

Czy przyjezdni łatwo wczuwają się w panujący wtedy klimat?

Tak. Możemy jednak podzielić hogueras na prywatne i publiczne. W przypadku tych pierwszych, każda dzielnica posiada swoją figurę, rozstawia namiot, a wszyscy członkowie wpłacają na ten poczet określoną kwotę, dzięki czemu później można jeść czy zamawiać przy barze. Aby wejść na taką imprezę z zewnątrz, potrzebne jest zaproszenie. Oprócz prywatnych, w tym czasie odbywają się także publiczne hogueras, na przykład te organizowane przez miasto i ratusz. Wstęp na nie jest wolny, jest to coś w rodzaju ogromnego baru czy restauracji, w której płacisz za to co zamówisz.

Co powiesz o specjałach podawanych na tę okazję?

Przede wszystkim podawany jest klasyk coca amb tonyina, typowy napój zwany paloma i figi, jednak zazwyczaj jada się wszystkiego po trochu, w tym także paellę, chipirones, etc. Uważam, że nie różni się to bardzo od tego co podaje się w innych miejscach w południowej Hiszpanii.

Czy chciałbyś dodać coś jeszcze od siebie?

Niezależnie od tego, że przyjechałem do Alicante ze względów rodzinnych i zawodowych, uważam, że pod względem turystycznym miasto posiada naprawdę szeroki wachlarz możliwości, którego w mojej opinii wiele miejsc nie posiada. Jest tu wiele opcji dla ludzi młodych i starszych – tym drugim polecam odwiedzić Alicante zwłaszcza w czerwcu, wrześniu i październiku, jeśli ich celem jest przede wszystkim plażowanie, z racji, że w tych miesiącach nie jest już tak gorąco, miasto jest nieco spokojniejsze, a ilość turystów nie jest bardzo przytłaczająca.
Oprócz tego, zaskoczyła mnie jedna rzecz, jakiej wcześniej nie doświadczyłem, czyli możliwość zjedzenia czegoś 20 metrów od plaży. W przeciwieństwie do tych, którzy twierdzą, że wolą dzikie plaże, na których nie ma nikogo, ani niczego, uważam, że „paellita” skonsumowana na tle morza bez wątpienia ma „to coś”. Dla mnie Alicante to miejsce fantastyczne zarówno do zamieszkania, jak i do zwiedzania. Długo mieszkałem w Argentynie, a przeprowadzka do Alicante była zmianą na lepsze. Sądzę, że ogólnie w całej Hiszpanii (mimo że nie zobaczyłem jeszcze tego wszystkiego, co bym chciał – do zwiedzenia mam jeszcze północ, chociaż przeszedłem Camino de Santiago [Droga św. Jakuba – przyp. tłum.]) możesz spotkać miejsca położone relatywnie blisko siebie, które znacznie się od siebie różnią, a każde z nich jest równie piękne.

Serdecznie dziękujemy Guillermo za podzielenie się swoimi doświadczeniami oraz miłą atmosferę, w jakiej przebiegał nasz wywiad, życząc jednocześnie wielu życiowych sukcesów.